Dziady w tradycji słowian

Streszczenie wykładu dr J.W. Suligi 19 XI w DK „Świt”dr Jan Witold Suliga (ur. 1951), etnograf, podróżnik i pisarz.

www: groups.google.com/group/pl.soc.religia/browse_thread/thread/a98a929373d34844/c6b9cfa39002253d

Dziady w tradycji słowian

Z badań etnografów wynika, że na życie duchowe Słowian szczególnie Zachodnich miały duży wpływ wierzenia Celtyckie. Więc podobnie jak Celtowie Słowianie mieli kalendarz mieszany Solarno – Lunarny. Święta wypadały trzeciego dnia po nowiu. Wierzono że moc rosnącego księżyca dodaje mocy wszelkim magicznym obrzędom. Rytuały i Święta zawsze odbywają się z udziałem przodków którzy dają nam moc, wspólne z nami oraz całą przyrodą Bogami i Półbogami w nich uczestniczą. Oprócz świąt w których przodkowie uczestniczą Słowianie obchodzą dwa święta przeznaczone dla zmarłych . Zgodnie z słowiańską koncepcją zaświatów, które dzielą się na: Zaświaty górne będące we władaniu bóstw niebiańskich takich jak Swarożyc Zaświaty dolne wężowe będące we władaniu Welesa zwanego też Biesem U Słowian występuje przekonanie że czas w zaświatach płynie inaczej. Mówi o tym legenda że przebywający w zaświatach żywy człowiek nabywał niezwykłej mocy i wiedzy, która miała jednak swoją cenę: gdy śmiałek po 7 dniach opuszczał zaświaty okazywało się, że na ziemi minęło 77 lat. Słowianie wierzyli w reinkarnację z tą różnicą, że człowiek odradzał się w ramach swojego rodu a dusza wracała na wioskę z ptakami lelkami i bocianami. Wiosenne święto obchodzone około 2 maja było związane z zaświatami górnymi. Zwalczane przez chrześcijaństwo ponieważ kolidowało z wielkanocą i miało charakter dość frywolny od XVI w. niestety zaczyna zanikać. Stare obrzędy trudno jednak zniszczyć, choć sens ich zaciera się z czasem to w Górach Świętokrzyskich ludzie do dziś 2 maja palą ognie na grobach. Około drugiego listopada u Słowian Zachodnich obchodzone było drugie ze świąt przeznaczonych dla zmarłych związane z dolnymi wężowymi zaświatami. Święto to miało charakter domowy i jak byśmy to dzisiaj powiedzieli spirytysytczny. Nie czczono zmarłych ale wywoływano ich duchy po imieniu i zaopatrywano na dalszą drogę. W nocy z pierwszego na drugiego listopada odbywała się uczta Dziadowska zwana też ucztą Kozła uczcie przewodził gęślarz i człowiek w rogatej masce. W uczcie tej mogli brać udział tylko ludzie starzy i żebracy, czyli będący już “jedną nogą” w zaświatach. Dziadowie na uczcie reprezentują Welesa, który jest głównym psychopomposem czyli przeprowadzaczem dusz z zaświatów podziemnych do zaświatów górnych, Wyraju, z których mogli oni powrócić na ziemię wraz z ptakami i nowym życiem. Były to święta indywidualne żywi prosili dziadów żeby imiennie wzywali zmarłych na ucztę ,która miała ich zaopatrzyć w energię potrzebną do udania się do Wyraju. W tę noc okna i drzwi musiały być otwarte, na podhalu drzwi nie zamykano na skobel, poczęstunek dla przodków można było też umieścić w piecu który stanowił centrum domu. Pozostali członkowie społeczności przygotowywali ucztę, w której nie uczestniczyli, a o zachodzie Słońca palili Ognie na miejscach pochówków. Palono ognie bo świec w tym czasie jeszcze nie znano. Czas rozpalania Ogni nie był przypadkowy, również o zachodzie słońca odbywało się rozpalanie stosu pogrzebowego aby zmarły mógł wraz ze słońcem udać się do krainy Welesa . Tak więc ci zmarli którzy pozostawali jeszcze Świętym Gaju (gaj-od starosłowiańskiego goit -miejsce gdzie dusze się goją) mogli udać się do dolnych zaświatów, Nawi. Stare pieśni i ludowe zwyczaje kryją obrzędowość naszych przodków oraz ich prestarą mądrość. Warto więc poświęcić im chwile głębszej refleksji bo kryją to do czego tęsknimy i pragniemy powrócić.

Bibliografia: Halina Godecka

Ewa Ferenc-Szydełkowa

źródło: http://www.rkp.w.activ.pl

II Dziady w tradycji słwian

Dziady to świto szczególne – w ten magiczny czas, gdy świat żywych i martwych dzieli szczególnie cienka granica, staramy się zapewnić duchom przodków strawę i napitek, a przede wszystkim ciepło ognisk. Co więcej, podczas tej wyjątkowej nocy, to właśnie żywi oddać mogą największą przysługę zagubionym duszom – wskazać drogę do Nawii. Przypomina nam to jedno z ważniejszych przesłań naszej rodzimej wiary – nie tylko duchy mogą oddać przysługę żywym ale i żywi duchom… Dzięki temu, że jedni i drudzy istnieją w wiecznym, nieskończonym i nieograniczonym Świętowicie…

Kult zmarłych istniał zawsze, wiara w życie pośmiertne jest rówieśnicą ludzkości. To więcej niż wiara, to przeświadczenie, wrodzony instynkt. Święto Zmarłych czyli dzień poświecony ich pamięci obchodzony był przez ludy Słowiańskie kilka razy w roku, przy czym najważniejsze przypadało pierwotnie w okresie kwietniowym.

Kościół Katolicki został zmuszony zaakceptować (zresztą nie po raz pierwszy próbując zaanektować to, czego do końca nie był wstanie “wykorzenić”) święto jesienne, ustalając je na konkretny dzień – 2 listopada. Cześć i pamięć dla zmarłych była bowiem szczególną cechą Słowian i ich rodzimych zwyczajów.

Szczątki dawnych świąt przetrwały nawet do początków ubiegłego wieku. Znane były dość powszechnie jeszcze w latach 30-tych specjalne rodzaje pieczywa, które rozdawano ubogim (zazwyczaj jako zapłatę za modlitwę w intencji zmarłych), a pierwotnie przeznaczone były dla dusz. Podobno były takie okolice w kraju gdzie przywożono całe wozy chleba, który rozdzielano za dusze konkretnych zmarłych. “Był zwyczaj, że w Dzień Zaduszny gospodarze przywozili na wozie kilkadziesiąt bochenków chleba żytniego i pszennego podłużnych, i takowy chleb na cmentarzu kościelnym rozdawali ubogim z warunkiem, aby ciż ubodzy odmawiali pacierze za dusze wskazanych im po nazwisku lub imieniu zmarłych, do czego wzywali ich mówiąc np. za duszę Andrzeja cieśli z potomstwem; za duszę Jana i Teofili; za duszę Idziego i Idziny; za duszę Barnaby i jego baby; za duszę Margośki; za dusze puste (tj. opuszczone, zapomniane, które nie mają nikogo, co by się za niemi upomniał)”. W umocnienia się pozycji KRK lud wiejski wierzył, że w noc poprzedzającą Dzień Zaduszny powstaje w kościele wielka jasność i wszystkie duszyczki modlą się przed wielkim ołtarzem. Chwila ta nastaje o samej północy, po czym każda dusza przybywa do swej rodziny w domowe progi.

Na równi ze światem antycznym nasi przodkowie wierzyli, że pewna część zmarłych zazdrości żywym pozostawania na ziemi. Usiłowano ich przekupywać darami składanymi do grobu. Daremne to były zabiegi! Świat duchów wkraczał w świat żywych na każdym kroku. “Dziady” zajmowały najświetniejszy kąt izby, chowały się w blacie stołu, domagając się dla siebie szacunku. Stąd też uderzenie pięścią w stół było uważane za rzecz gorszącą, ale w razie zagrożenia gospodarz stukał palcem w spód stołu, budząc w ten sposób czujność “dziadów” i prosząc je o ochronę przed nieszczęściami.

Jeszcze w XIX wieku, zwłaszcza na wschodnich krańcach Polski, na pograniczu litewskim i białoruskim, dość powszechnie odprawiane były obrzędy ku czci zmarłych, zwane “Dziadami”. Uroczystość sięga czasów pogańskich i nazywała się kiedyś przypuszczalnie ucztą Kozła, w której przewodził Koźlarz, Guślarz poeta oraz kapłan. Wyobraźnia ludowa w tym dniu tak dalece ożywiała zmarłych, że stawiano na grobach nie tylko pieczywo, ale i kaszę, miód, jajka. Często urządzano na grobach ucztę, w której brali udział krewni zmarłego. Resztki potraw pozostawiano żebrakom. Drugim obok “karmienia dusz” akcentem tego święta było palenie ogni. Początkowo zapalano ogniska na rozstajnych drogach, aby wskazywały kierunek wędrującym duszom. Przy tych stosach zziębnięte dusze mogły się też ogrzać. Od XVI/XVII w. ogniska te zaczęto palić na cmentarzach – stąd dzisiejsze świeczki i znicze na mogiłach.

W innych regionach “Dziady” odwiedzające swe rodzinne domy ugaszczano gorącym, parującym posiłkiem przy czym nie mogło przy stole zabraknąć miejsca dla żadnego z przodków. Gdy owa uczta odbywała się w domu, po powrocie z cmentarza; wieczorem gospodarz trzykrotnie obchodził chatę niosąc przed sobą bochenek chleba, a usadowiona w oknie gospodyni wypowiadała rytualne słowa: – Kto idzie? – Sam Bóg – odpowiadał gospodarz. – Co niesie? – Boski dar. Po tych formułkach gospodarz wchodził do izby, wraz z domownikami odmawiał modlitwę i wszyscy zasiadali do stołu. Bywało, że podczas wieczerzy łyżka spadła pod stół. Zgromadzeni przy posiłku patrzyli wówczas na siebie z lękiem, ale i porozumiewawczo, wiedząc, że to “święci porwali łyżkę z rąk, nie trzeba jej podnosić. Niechaj oni jedzą, skoro są głodni”. A jeśli ktoś niewtajemniczony sięgał ręką pod blat, to powinien był na miejsce łyżki położyć kawałek chleba. Przed udaniem się na spoczynek rodzina raz jeszcze klękała do modlitwy w świętym kącie izby. Po raz ostatni tego dnia odmawiano modlitwy za zmarłych przodków. Gospodynie zamiatały izby, słały białe ręczniki albo obrusy na stołach i kładły chleb, sól i nóż, aby zmarli odwiedzający w tę noc chałupę nie odeszli głodni.

Kościół katolicki starał się wykorzenić te zwyczaje, ale w efekcie świętowano Dziady potajemnie w domach opuszczonych niedaleko cmentarzy. Zastawiano w nich uczty z różnego rodzaju dań, trunków, owoców i wywoływano dusze zmarłych, rzucając za każdym imieniem nieco jadła w ogień. Cel był tak poważny i święty, iż obrzędy te przemawiały bardzo głęboko do ludzkiej wyobraźni. Wierzono, że zmarli zwołani przychodzą, że posilają się jak niegdyś. Ta jedna, jedyna noc pozwala duchom stać się podobnymi do żywych. Zostawiano więc na noc otwarte furtki, uchylone drzwi do domu, aby duchy mogły bez najmniejszych przeszkód przekroczyć progi swych dawnych domostw. Dziady – zwyczaj ludowy Słowian i Bałtów, wywodzący się z przedchrześcijańskich obrzędów słowiańskich. Jego zasadniczym celem było nawiązanie kontaktu z duszami zmarłych i pozyskanie ich przychylności. Dziady obchodzono dwa razy w roku – na wiosnę i na jesieni.

W najbardziej pierwotnej formie obrzędu dusze należało ugościć (np. miodem, kaszą i jajkami) aby zapewnić sobie ich przychylność i jednocześnie pomóc im w osiągnięciu spokoju w zaświatach. Wędrującym duszom oświetlano drogę do domu rozpalając ogniska na rozstajach, aby mogły spędzić tę noc wśród bliskich. Ogień mógł jednak również uniemożliwić wyjście na świat upiorom – duszom ludzi zmarłych nagłą śmiercią, samobójców itp. W tym celu rozpalano go na podejrzanej mogile – echem tego zwyczaju są znicze. W niektórych regionach Polski, np. na Podhalu w miejscu czyjejś gwałtownej śmierci każdy przechodzący miał obowiązek rzucić gałązkę na stos, który następnie co roku palono.

W tym dniu wspierano jałmużną żebraków (początkowo ofiarowując im dary w naturze, później także pieniądze) aby wspominali dusze zmarłych. W tym dniu niektóre czynności były zakazane np. wylewanie wody po myciu naczyń przez okno, by nie oblać zabłąkanej tam duszy i palenie w piecu, bowiem tą drogą dusze dostawały się niekiedy do domu.

Dusze wzywano także podczas obrzędu, odbywającego się w opuszczonym miejscu kultu (kaplicy, kościele) lub na cmentarzu. Obrzędowi przewodniczył Guślarz (Koźlarz, Huslar), wzywający dusze zmarłych przebywających w czyśćcu, aby powiedziały, czego potrzeba im do osiągnięcia zbawienia i aby posiliły się z żywymi. Do tego zwyczaju nawiązuje Adam Mickiewicz w Dziadach.

Powyższy opis zwyczaju oparty jest głównie na literackim przekazie zawartym w dramacie Mickiewicza. Etnologia zna jednak święto “Dziadów” w trochę innej postaci. Obrzędy z okazji Dziadów odbywały się za czasów chrześcijańskich w miejscach związanych archetypowo (a często również i lokalizacyjnie) z dawnymi ośrodkami kultu – na wzgórzach, wzniesieniach, pod świętymi drzewami, w miejscach uważanych za święte (czasem rzeczywiście przy kaplicach, które często były budowane na dawnych miejscach kultu pogańskiego). Z racji swojego charakteru Dziady często odbywały się również przy grobach przodków, na cmentarzyskach. Mickiewiczowskie nawiązania do terminów takich jak “czyściec” i “zbawienie” są wynikiem nałożenia i przemieszania prastarych zwyczajów żywych od wieków wśród ludu oraz narzuconego chrześcijaństwa.

Po przyjęciu chrześcijaństwa zwyczaje związane z pogańskimi źródłami zaczęły wygasać lub przybierać znane dziś formy – współczesnym odpowiednikiem dziadów są Zaduszki. Jednakże do dzisiaj na terenach wschodniej Polski, Białorusi, Ukrainy i części Rosji kultywowane jest wynoszenie symbolicznego jadła, w symbolicznych dwójniakach, na groby zmarłych. Dziady kultywuje też większość współczesnych słowiańskich ruchów neopogańskich (rodzimowierczych), zwykle pod nazwą Święta Przodków. W Krakowie co roku odbywa się tradycyjne Święto Rękawki (Rękawka), bezpośrednio związane z pradawnym zwyczajem wiosennego święta przodków. Zaduszki Zaduszki – współczesny odpowiednik pogańskiego święta Dziadów i tradycyjna nazwa katolickiego wspomnienia wiernych zmarłych. Przypada ono 2 listopada, w dzień po dniu Wszystkich Świętych. Tego dnia katolicy modlą się za wszystkich wierzących w Chrystusa, którzy odeszli już z tego świata, a teraz przebywają w czyśćcu; Rodzimowiercy słowiańscy (odprawiając Dziady) zaś za Wele, które z różnych przyczyn nie mogą odnaleźć drogi do Nawii. W Zaduszki odwiedza się cmentarze, groby zmarłych z rodziny i uczestniczy się w mszach, modląc się w intencji zmarłych. Tego dnia istnieje tradycja zapalania świeczek czy zniczy na grobach zmarłych oraz składania kwiatów, wieńców lub też innego typu ozdób mających być symbolem pamięci o tychże zmarłych. Inne oryginalne kulturowo sposoby obchodzenia tego święta to anglosaski Halloween i latynoski Dzień Wszystkich Zmarłych. Obchody Dnia Zadusznego zapoczątkował w chrześcijaństwie w roku 998 św. św. Odylon, opat z Cluny, jako przeciwwagę dla pogańskich obrządków czczących zmarłych. Na dzień modłów za dusze zmarłych – stąd nazwa ,,Zaduszki” – wyznaczył pierwszy dzień po Wszystkich Świętych. W XIII wieku ta tradycja rozpowszechniła się w całym Kościele katolickim. W XIV wieku zaczęto urządzać procesje na cmentarz do czterech stacji. Przy stacjach odmawiano modlitwy za zmarłych i śpiewano pieśni żałobne. Piąta stacja odbywała się już w kościele, po powrocie procesji z cmentarza. W Polsce tradycja Dnia Zadusznego zaczęła się tworzyć już w XII wieku, a z końcem XV wieku była znana w całym kraju. W 1915 r. papież Benedykt XV, na prośbę opata benedyktynów zezwolił, aby tego dnia każdy kapłan mógł odprawić trzy msze: w intencji poleconej przez wiernych, za wszystkich wiernych zmarłych i według intencji papieża. Potoczna nazwa Święto Zmarłych została wypromowana w czasach PRL i była elementem prób laicyzacji państwa. Używanie tej nazwy szczególnie na określenie Uroczystości Wszystkich Świętych (1 listopada) jest w opinii Kościoła rzymskokatolickiego błędne.

umieściła Ola

8 comments so far

  1. […] fragmenty pochodzą z tego wykładu Kraj Dodaj komentarz Możesz skomentować albo zostawić […]

  2. kicia on

    nie można było tego napisać krócej???????????????????????????
    np.w punktach,myślnikach?????????????????????????????????????
    pracowałoby się o wiele łatwiej a tak muszę szukać nowej strony!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

  3. marcin on

    bardzo dobra praca dzieki tobie mam zadanie

  4. Bartek Antoniuk on

    dłuszego nie można było

  5. ohv12 on

    Słowianie byli pod wpływem Celtów, tylko tych Celtów nigdy nie było tutaj. Internetu tez nie mieli by się doinformować u tychże Celtów co i jak mają obchodzić.

  6. ohv12 on

    By uprzedzić komentarze przeciwne, ogłaszam, że nie przyjmuje się za dowód celtyckości garnki opisane przez archeologów jako celtyckie, gdyż zostały wytworzone przez.. Celtów.

  7. Święto Przodków | Till We Are on

    […] Tego dnia szybko zapadła gęsta noc i już od kilku godzin mieszkańcy zbierali się, by oddać hołd zmarłym przodkom. Kobiety od rana piekły żytni chleb, który później, wraz z jesiennymi plonami kupionymi na targu, zanosiły na miejsce pochówku zmarłych. Następnie wracały do domu i tam również zastawiały stoły jadłem, w oknach stawiały grube świece i zapalały je, by duchy zmarłych mogły odnaleźć drogę przez pogrążone w mroku Miasteczko. Tego dnia nie zapalano lamp ani na ulicach, ani w domach, a cała okolica była cicha i spokojna. Tylko stojące w oknach świece wyznaczały trasę w gęstej mgle spowijającej ulice. Kiedy wieczerza dla zmarłych dusz była gotowa, kobiety z dziećmi zasiadały do stołu i drżąc w obawie przed zawitaniem jednej z nich, spożywały posiłek, po czym układały się do snu. Wszyscy mężczyźni zbierali się pod lasem za miasteczkiem, gdzie pomiędzy wielkimi menhirami, na płaskim kamiennym płacie, rozpalano wielkie ognisko, które nawet pomimo gęstej mgły było widoczne z oddali. Zebrani mężczyźni w napięciu obserwowali iskry, które wzlatywały w niebo z każdym okrzykiem Koźlarza, odprawiającego mistyczne gesty nad ogniem. Tylko on posiadał wiedzę, której potrzeba było do zapanowania nad duchami i całym rytuałem. Oni mogli tylko stać w okręgu i przyglądać się obrządkowi, który sprawiał, że ich ciała, odziane w stare łachy, drżały ze strachu i rozpalały od ognia. Nikt z nich nie mógł przyjść ubrany w nowe ubrania, by nie prowokować zjaw. Wszystko musiało być stare i znoszone. Każdy przynosił również dzban miodu i chleb, lub warzywa, które później palono w ogniu, by nakarmić tym duchy. Nikt nie wiedział kim jest mężczyzna odprawiający obrządek. Jedni mówili, że to jeden z mieszkańców Miasteczka, inni, że jest jednym z duchów, który dwa razy do roku wyrywa się z Nawii, Krainy Zmarłych i  pomaga innym duszom, błąkającym się po ziemi do niej trafić. Ci bardziej pragmatyczni, utrzymywali, że jest starcem zamieszkującym w ciemnej gęstwinie Czarnego Lasu, lecz mówili tak tylko do tej pory aż Koźlarz nie otworzył ust. Jego głos, tłumiony maską jaką miał na twarzy, był melodyjny i dosadny, jakby należał do żwawego młodzieńca. Podobnie jak jego ruchy. Mężczyzna tańczył wokół ognia, wywijał rękoma płynne gesty i układał je w tajemnicze symbole. Tylko jego sylwetka była zgarbiona, odzwierciedlająca posturę kilkudziesięcioletniego starca i włosy – długie i białe, plątane przez wiatr rozmywały się w dymie i mgle, która ich otaczała. Rogata, podłużna maska, którą Koźlarz miał na twarzy, co chwila wyłaniała się z dymu, tylko po to, by zaraz ponownie w nim zniknąć. Czarne ślepia, w  których błyskały ogniki napawały wszystkich trwogą, a długie szpony, którymi zakończone były jego dłonie, przecinały gęsty dym z donośnym trzaskiem, który wywoływał dreszcze na ciałach zebranych. Długie łachmany, w które był ubrany, wyglądały niczym wyliniałe futro zdjęte z jakiegoś leśnego potwora, które według legend zamieszkiwały Las. W zwykłe dni, każdy z mieszkańców wyśmiewał te plotki, jednak tego dnia, jak nigdy, stawały się tak prawdopodobne, że nikt nie śmiał z nich kpić. Wszyscy lgnęli do ognia, mając przeświadczenie, że stojąc w jego ciepłym, pomarańczowym blasku są bezpieczni, a ci, którzy stali na obrzeżach okręgu, co chwilę zerkali za siebie, jakby w obawie, że nagle gęsta mgła złapie ich swoimi aksamitnymi dłońmi i wciągnie w swoje wnętrze. Zazwyczaj w tym dniu jeden z zebranych przepadał bez wieści i mówiono, że został on wciągnięty prze mgłę, do Lasu, gdzie według innych legend znajdowało się zamknięte wejście do Nawii. – O dusze, błąkające się po tym czarnym padole… – wykrzyknął Koźlarz, wyrzucając w górę pięść, za którą poleciały złote iskry – przybądźcie! Nakarmcie swe spragnione jestestwa! – krzyczał, machając rękoma i modulując dym w misterne wzory. Wszyscy, jak zahipnotyzowani wpatrywali się w dym, przybierający makabryczne formy. Jedni widzieli maski podobne do tej, którą nosił Koźlarz, a inni ludzkie twarze wykrzywione w przerażających grymasach. – Jesteśmy tu! Czekamy na wasz znak! Okażcie nam łaskę i nie zazdrośćcie nam życia, gdyż i tak wszyscy umrzemy, i ponownie narodzimy się, by powrócić tu i toczyć nieskończone koło życia. – dodał Koźlarz, głębokim głosem. – Przyjmijcie te dary, które składamy w ogniu! – krzyknął kiwając ręką, by mężczyźni stojący najbliżej wrzucili do ognia przyniesione jadło. Gdy tylko to zrobili ogień buchnął niebieskim płomieniem, który wzbił się jeszcze wyżej, pchnięty rękoma Koźlarza. – Pożywcie się! Nabierzcie siły i pełni nadziei przejdźcie do Nawii, by po latach męki tu, na tej okrutnej ziemi, zażyć w końcu ukojenia. Usłuchajcie naszych próśb, nie dręczcie nas! Nie zazdrośćcie tego marnego życia! Kolejny słup dymu wzbił się ku niebu, a  wszyscy zadrżeli wsłuchując się w wycie, które nagle rozległo się od strony lasu. Czy to były dzikie zwierzęta, czy zbłąkane dusze – nikt nie wiedział, jednak wszyscy zacisnęli powieki i pochylili głowy, powtarzając w duchu słowa Koźlarza. Żaden nie chciał zadzierać z duchami, każdy z nich tego dnia był słabym, strachliwym mężczyzną, liczącym na obronę przez przewodnika obrządku. – Niech otworzą się bramy Nawii! Niech zadrży ziemia i otworzy się jej krucha powłoka! Niech przyzwie do siebie duchy naszych zmarłych przodków i da im uspokojenie! Z każdym słowem Koźlarza, serca zebranych napełniała trwoga. Wszystkie jego prośby, rozkazy stawały się prawdą. Ziemia nagle zaczynała drżeć, powietrze gęstnieć, a silne podmuchy wiatru zaczynały dąć w stronę gęstego, Czarnego Lasu. – O śmiertelnicy! O żywi nieszczęśnicy! Padnijcie na kolana i módlcie się by Ich dusze znalazły odpoczynek! By wrota do Nawii otworzyły się! – wykrzyknął mężczyzna rozkładając szeroko ramiona i odrzucając głowę do góry. Mężczyźni zebrani wokół niebieskiego ognia, padli posłusznie na kolana. Modlili się o otwarcie Krainy Zmarłych i o koniec obrządku, który z tych słabszych wyciskał łzy i zlewał ich zimnym potem. Zresztą tej nocy, nikt z nich nie był wystarczająco silny, każdy bał się i drżał, podświadomie dociskając ciasny krąg, w złudnym przeświadczeniu, że jeżeli będą bliżej, będą bardziej bezpieczni. – Tak! Módlmy się! – wykrzyknął po raz ostatni Koźlarz , oddychając ciężko i głęboko, po czym zaczął wykrzykiwać pojedyncze słowa w  nieznanym dla pozostałych języku. Po dłużących się wszystkim godzinach zamilkł i stanął spokojnie wpatrując się w dogasający ogień. – Powstańcie! – powiedział spokojnym, lecz mocnym głosem i gdy wiatr zawiał po raz ostatni, wyrzucił z dłoni garść pyłu, który zawirował i opadł na zebranych – Powstańcie! Nie bójcie się, gdyż duchy zostały przez nas przebłagane. Odchodzą jasną ścieżką ku swojemu domowi i wy…  wy również możecie w spokoju  powrócić i z rodzinami czcić pamięć o przodkach! – dodał, jednak wszyscy stali wbici w ziemię jak słupy soli – Odejdźcie! Pozostawcie ten stół – wskazał dogasające ognisko – zbłąkanym duszom, które nie zdążyły posilić swojego bytu! Dopiero po tych słowach, mężczyźni ruszyli z miejsc. Powolnym krokiem, niby zahipnotyzowani, ruszyli w stronę Miasteczka. Żaden z nich nie obejrzał się za siebie i żaden nie zauważył że oprócz Koźlarza,  między menhirami pozostał jeszcze jeden młodzieniec. Koźlarz podszedł do niego i ucałował go w gładkie, oliwkowe czoło. Młody mężczyzna nie przestawał wpatrywać się w maskę Koźlarza. – Chcesz uwolnić duchy…? – zapytał przewodnik, na co młodzieniec pokiwał głową, czując jak jego ciało rozpala się z ekstazy. Koźlarz odgarnął z jego piersi łachmany i przesunął po niej szponami, w pieszczotliwym geście. – Weź zatem jeden z dzbanów i pójdź za mną. Młodzieniec uczynił co Koźlarz mu rozkazał i ruszył za nim w głąb Czarnego Lasu. Przez całą drogę szedł za nim posłusznie, pożerając spragnionymi oczyma jego długie do połowy łydek, białe włosy, spływające na jego plecy spod maski. Z każdym oddechem wciągał w płuca mamiącą, słodką woń, która sprawiała, że całe jego ciało mrowiło, a z każdym krokiem czuł narastające podniecenie. Ponad godzinę szli, zagłębiając się w Las, jednak on nie widział nic oprócz idącego przed nim mężczyzny, którego sylwetka nagle stała się piękna i lekka. Jakby sam był zjawą, mijał z gracją gęsto porosłe pnie wielkich dębów, przenikał przez gęste zarośla, a cała jego postać jaśniała bielą włosów, które błyszczały jasnym światłem. W końcu doszli  na polanę, do splecionych ze sobą dwóch drzew, które były tak wysokie, że gałęzie u ich korony, zdawały się być tak wysoko jak samo niebo. U ich podstawy, pomiędzy splecionymi wyżej pniami znajdowała się czarna eliptyczna jama, która zdawała się bić gorącem. Narośnięte na pnie, gałęzie i bluszcze, wiły się w górę, zdobiąc je i tworząc  piękne, mistyczne rzeźbienia, jakby właśnie w tym miejscu znajdowało się przejście do innego świata. Koźlarz odwrócił się do młodzieńca o odrzucił na bok szpony, maskę i skórę, w którą był ubrany podczas obrządku. Oczom młodego mężczyzny, ukazała się piękna, szczupła sylwetka, spowita w jasne szaty, zabrudzone u stóp. Pociągła twarz o jasnej, niemal mlecznobiałej cerze emanowała dumą, a duże, złote oczy patrzyły na niego z niezbadaną głębią. – Rozbierz się. – rozkazał, tonem nieznoszącym sprzeciwu. Młodzieniec jednak nie myślał nawet, by mu się sprzeciwiać. Jak w transie zrzucił z siebie ubrania, nie przestając wpatrywać się w oczy Koźlarza. Już po kilku sekundach, odrzucił na bok wszystko, co zakrywało jego umięśnione, silne ciało. Koźlarz podszedł do niego i oblizując językiem różowe, pełne wargi, przesunął spojrzeniem po twardym, dumnie sterczącym  penisie mężczyzny i ponownie pogładził gładką dłonią jego owłosiony tors, zahaczając palcami  o sterczące sutki. Przymknął aż oczy i zbliżył do nich usta, by polizać je z westchnieniem ulgi. Pocierając policzkiem o jego pierś, spojrzał w górę, płonącym wzrokiem kontemplując jego szeroką twarz, okoloną smoliście czarnymi włosami, długimi do połowy szyi. Widział wpatrzone w siebie zielone oczy, które z każdym jego gestem żebrały o więcej dotyku. Odsunął się w końcu od młodzieńca, by nie przedłużać sobie i swojemu ukochanemu oczekiwania. Podniósł z ziemi dzban miodu i podął go mężczyźnie. – Oblej nim swoje ciało. Gdy mężczyzna to uczynił, podszedł do niego i rozsmarował gęsty płyn w tych miejscach, gdzie sam nie dopłynął – na jego plecach, pośladkach i pomiędzy nimi,  na ramionach i grubym, twardym jak skała penisie. Oliwkowe ciało przed nim drżało, i wydawało z siebie głośnie ekstatyczne westchnienia, ale na razie, było to tylko ciało. – Wskocz do jamy. – rozkazał mu, co też od razu uczyniło. Gdy tylko zniknęło, pochłonięte przez gęstą czerń, z otworu błysnęło światło i po chwili wyczołgał się z niej mężczyzna. Był  nagi, a jego ciało, do złudzenia przypominało to, które przed  chwilą zniknęło w jamie. Było jednak wyższe i bardziej umięśnione. Kruczoczarne włosy, przysłaniały mu szeroką twarz, z której wyzierały ciemne, niemal czarne oczy. – Domamirze… – jęknął Koźlarz, czując jak nogi uginają mu się na widok mężczyzny. Domamir ubrudzony ziemną podszedł do niego i objął go  mocnym, wytęsknionym uściskiem. – Shea… – zamruczał mężczyzna, chowając twarz w jego szyję. Po chwili dopiero odsunął się od niego i wbił utęsknione spojrzenie w złote, wilgotne oczy. – Czy to ciało, – zapytał – jest dobre? Shea uśmiechnął się delikatnie. – Idealne. Dokładnie takie, jak pamiętam. – potwierdził. – Tyle miesięcy… Shea. – jęknął nisko Domamir – Tak tęskniłem. Shea zacisnął szczupłe dłonie na  ramionach mężczyzny, nie przestając się w niego wpatrywać. Dziękował bogom, za możliwość przyzwania do siebie Domamira chociaż dwa razy do roku. Tak za nim tęsknił, za jego ciałem, głosem. Nauczył się już pokory, nie pragnął więcej niż mógł mieć, tak, jak zanim jego ukochany został wtrącony do Nawii. Obaj wtedy byli zbyt zuchwali. Połączyli się wbrew tradycji, wbrew zakazom, zabili króla, którego córka miała posiąść Domamira i bogowie ich ukarali. Mieli już wiecznie żyć rozdzieleni. Dusza Domamira w Nawii, a Shea tutaj, na ziemi. I od wieków młodzieniec modlił się do bogów i zgłębiał tajniki magii, bo wiedział, że jest sposób na przyzwanie ukochanego. Na początku, mógł to robić tylko raz na siedemdziesiąt siedem lat, na wiosnę. Jednak od kilku lat udawało mu się to także na jesieni, w Drugie Święto Przodków. Nie śmiał już sprzeciwiać się bogom, nie chciał, by mu ponownie odebrali Domamira. Nagi mężczyzna wsunął silną dłoń na kark Shei i przyciągnął go do pocałunku. Wiedział, że mieli mało czasu, że starczy im go zaledwie, by nacieszyć spragnione ciało Shei, który według przekleństwa miał już na zawsze cierpieć na rozpalające go pożądanie. To jego oskarżono o nieczystość, o sodomię i czary, które miały uwieść narzeczonego córki króla. Sam Domamir nie wierzył w te oskarżenia i nawet jeżeli był pod wpływem czarów, były to czary, które zbawiły jego życie i otworzyły mu oczy. W Nawii był tylko duszą, wspomnieniem o duszy, błąkającym się po zakątkach Krainy Zmarłych i tęskniącym do Shei. Gdy tylko ich usta się zetknęły, Shea wydał z siebie głośnie westchnienie ulgi. Łapczywie przesuwał dłońmi po obejmującym go ciele i oddawał głęboki, gorący pocałunek, przygryzając penetrujący go gładki język i muskające go wargi. Drżał na całym ciele, wpychając biodra w krocze Domamira. Tylko jego ciało potrafiło go zaspokoić, tylko jego silne usta i mocny uścisk. Już po chwili masował wnętrze ud mężczyzny i drapał je paznokciami. Domamir badał językiem wnętrze ust Shei, bawiąc się językiem i wargami białowłosego mężczyzny. – Jesteś mój… – westchnął, odrywając się od niego i patrząc na wykwitłe rumieńce na jego policzkach i zaczerwienione usta. Czując jak jego męskość sztywnieje, od przesuwających się po niej chaotycznych dłoni, przesunął rękę na tył głowy Shei i zapał go mocno za włosy. – Powiedz, że nie pocieszasz się innymi, gdy mnie nie ma… – rzucił odchylając jego głowę i w wgryzając się zębami w łabędzią szyję mężczyzny, a drugą ręką podciągając jego szatę. – Niie… nnnie… – jęknął Shea, czując silną dłoń miażdżącą jego pośladki i zęby brutalnie drapiące jego wrażliwą skórę. Kiedyś owszem, próbował znaleźć pocieszenie i ulgę w ramionach innych mężczyzn, jednak te próby kończył się jeszcze większym pragnieniem. – Jesteś tylko ty, Domamirze… Tylko ty…. – wydyszał przez zaciśnięte gardło i poczuł jak szerokie, twarde palce, przesuwają się drażniąco pomiędzy jego pośladkami. Gdy Domamir puścił jego włosy, natychmiast pochylił się i przyssał ustami do jego torsu. Znaczył językiem jego blizny, które pojawiły się, gdy wypełzł z jamy. Znał je bardzo dobrze. Kiedyś, gdy obaj jeszcze żyli, Shea czcił każdą z jego wojennych ran, każdą bliznę okraszał pocałunkiem pełnym oddania i miłości. Domamir był dawniej  wielkim wojownikiem. Najcenniejszym i najodważniejszym na całym Świecie. Teraz również Shea oddał hołd jego poświęceniu. Językiem pieścił jego blizny i całował je z namaszczeniem. Łapał zębami za sterczące sutki, otoczone brązową obwódką. Z rozkoszą rejestrował cięższe oddechy Domamira. Zerkał w jego twarz, by rozkoszować jej widokiem. Usta wykrzywione w wyrazie podniecenia i jego przymrużone oczy, były takie jak wtedy, gdy przed laty kochali się  na zamku. Gdy dopiero co siebie poznawali, swoje ciała i to, że idealnie do siebie pasują. Zaraz upadł przed nim na kolana, wcałowując się w pasmo mocnych, czarnych włosów, ciągnących się od zagłębienia pępka, aż po okazałą, szeroką męskość wojownika. Jego ciało pulsowało i widząc, jak z każdą chwilą członek jego kochanka sztywnieje, sam aż zacisnął mocno pośladki, czując w kroczu mrowienie. Jasnymi dłońmi, przesuwał po mocnych mięśniach, rysujących się pod oliwkową skórą, śliską i błyszczącą od miodu. Domamir pochylił się i już po chwili zdarł z Shei odzienie. Szczupłe ciało białowłosego mężczyzny, zdawało się lśnić w mroku Czernego Lasu i roztaczać wokół siebie znikomą aurę. Wojownik złapał za głowę Sheę i przyciągnął jego twarz do swojego penisa. Sapnął ciężko przez nos, czując, jak mężczyzna zapiera się dłońmi o jego uda i przeciąga  gorącym, wilgotnym językiem po całej długości jego członka. Koźlarz chuchał na niego i ssał leciutko główkę jego szerokiego penisa. Cały czas wpatrywał się w górę, w oczy Domamira, które płonęły żywym ogniem i wciągały go w bezbrzeżną czerń. – Shea… Nawilż mnie. Nie zostało już dużo czasu.- westchnął głęboko wojownik. Wiedział, że już niedługo zacznie wschodzić słońce, a gdy to się stanie, on po prostu zniknie. W ten poranek, promienie gwiazdy docierały nawet przez zbite korony porastających Czarny Las drzew. Shea pokiwał głową i natychmiast wziął szerokiego penisa do ust. Męskość rozpychała jego usta i wyciągała za sobą duże ilości śliny, która spływając z kącików jego ust, ciekła mu po brodzie. Shea wpychał go do gardła tak głęboko, aż nos zatapiał w  czarnych włosach łonowych mężczyzny, a dolną wargą trącał jego stwardniałych, pomarszczonych jąder. Ciężki zapach mężczyzny, zawracał mu w głowie, sprawiał, że wszystko w  jego wnętrzu przewracało się, na samą myśl o czekających go rozkoszach. Domamir odchylił głowę i zaczął wbijać się w gardło kochanka. Pomrukiwał przy tym głęboko i zaciskał mocno powieki. Gdy był w  Krainie Zmarłych, jego dusza nie odczuwała pożądania, jednak w momentach, gdy Shea go przyzywał, wracały do niego wszystkie emocje i pragnienia. Chociaż dziwnie czuł się w tych zastępczych ciałach, przyjemność zagłuszała wszystkie jego myśli. Gardło zaciskające się na jego penisie i przesuwający się po nim języczek dostarczały mu  ogłuszających pieszczot. Po chwili Shea, odsunął się, by zaczerpnąć powietrza i zaczął pokrywać męskość wojownika jeszcze większą ilością śliny, chociaż wiedział dokładnie, że na nic to się zda. Zresztą po tylu latach wolał już nawet, gdy członek Domamira rozrywał mu wnętrzności i palił jego wnętrze żywym ogniem, by w końcu przynieść mu chwilowe ukojenie. Wojownik pochylił się nad kochankiem i pocałował go głęboko, po czym osunął się na kolana i przysiadł na szatach Shei. – Dzisiaj ja cię będę ujeżdżał. – westchnął Koźlarz i popychając kochanka usiadł na jego kolanach, od razu oplatając go nogami. Domamir zamruczał z aprobatą, czując ciasny uścisk wokół ciała. Jego kochanek, zawsze był bardzo rozpalony i wytęskniony. Nie czekając długo rozsunął ręką jego pośladki. Wychylił się, by zgarnąć z brzegu stojącego obok dzbana nieco miodu i zaraz brutalnie wepchnął  palec w odbyt Shei. – ACH! – jęknął mężczyzna, a jego głos poniósł się echem po lesie. Wojownik bezbłędnie trafił w czuły punkt w jego wnętrzu i zaczął nim szybko poruszać.  Dziurka białowłosego mężczyzny zaciskała się mocno na jego palcu, a sam Shea pojękiwał zagryzając wargi aż do krwi i ocierając się sztywną jak kłoda męskością, o stalowe mięśnie przed sobą. Brakowało mu tego od tylu miesięcy. Gdy był sam, w lesie nie mógł się dotykać, nie mógł myśleć o przyjemności jaką zapewniał mu kochanek, bo przez to, jego pożądane wzrastało i rozrywało jego podbrzusze tępym bólem. – Wyjdź… – jęknął i już po chwili uniósł się na kolanach. Dłońmi sięgnął za siebie i rozchylił jasne pośladki, nakierowując się dziurką na wystającego spomiędzy czarnych włosów penisa. Syknął między zębami, gdy poczuł jak wilgotna główka ociera się o pomarszczone, delikatne wejście. Domamir nie czekając dłużej, nacisnął mocno jego uda i nadział go na siebie aż po nasadę penisa. – ACH! DOM… DOMAMIRZE! – krzyknął Shea zatracając się  ekstazie i odrzucając głowę w tył. Zaraz też zaczął unosić się na męskości kochanka i opadać na nią w stałym, szybkim rytmie. Wojownik zawarczał głucho, gdy ciasne, aksamitne wnętrze kochanka zacisnęło się na jego członku. Gorąca, które go ogarnęło nie mógł porównać do niczego innego, co kiedykolwiek czuł. Z pasją przyglądał się jasnemu ciału na sobie i objął je silnymi ramionami, drapiąc mocno po plecach. – Tak… TAK! – krzyknął Shea – Zostaw… Błagam… zostaw jak naj… Najwięcej śladów… – jęknął, wczuwając się w rozpychającą go męskość. Domamir drapał go mocno i gryzł jego szyję i ramiona. Jęki kochanka podniecały go coraz bardziej i z czasem, jego świadomość, nie rejestrowała już nic oprócz ocierającego się o niego ciała. Shea nie potrzebował dużo czasu, by skończyć. Z każdym nabiciem się na penisa miedzy pośladkami, był coraz bliżej końca i nie zamierzał się powstrzymywać. Przez kilka ostatnich miesięcy robił to wystarczająco długo. – Wypełnij mnie… – wydyszał pomiędzy spazmatycznymi oddechami i łapiąc się rękoma za męskość zaczął szybko masturbować – Domamirze! Jestem twój… Rozedrzyj moje ciało… – jęknął, czując gorące łzy spływające po policzkach. Czując zbliżającą się falę orgazmu, uniósł się z kolan i przysunął penisa do ust kochanka. Domamir przyjął go bez zastanowienia i ssąc go mocno, doprowadził go do końca. Shea doszedł z głośnym okrzykiem, który wielokrotnie wracał do ich uszu, odbijany przez panującą wokół pustkę. Kiedy wojownik wyssał i wylizał nasienie do końca, pociągnął Sheę z powrotem na dół i pchnął go na klęczki pochylając do przodu. Kiedy białowłosy mężczyzna przyjął pozycję, rozwarł mocno jego pośladki i z westchnieniem pochylił się gryząc je mocno. Uwielbiał ich jędrność i wrażliwość, z jaką reagowały na jego dotyk. Shea ponownie zaczął drżeć i pojękiwać. Zaciskał mocno powieki, by skupić się tylko na zębach i gorącym języku kochanka. Domamir rozchylił dłońmi jego pośladki i polizał go po pomarszczonej, rozluźnionej już dziurce. Szczupły mężczyzna jęknął głośno, czując jak sprawny język Domamira wsuwa się do środka i penetruje jego wrażliwe, poobcierane wnętrze. Po kilku chwilach wojownik zsunął się ustami na jądra Shei i pieścił je wsysając je mocno do ust. Koźlarz szybko zaczął ponownie twardnieć i podpierając się na drżących dłoniach zaciskał pulsujące pośladki. Po chwili Domamir wbił się  w niego ponownie. Brutalnie i szybko, jak tylko pozwalało mu na to jego nowe ciało. – Och! TAK! Kocham cię… Do… DOMAMIRZE! –  Shea nie przestawał jęczeć i z błogim uśmiechem na twarzy, czuł jak wszystko w  środku go piecze i pali. Domamir zaraz też rozdrapał mu mocno plecy, aż grube bruzdy wypełniły się małą ilością krwi. Wiedział, że jego kochanek, będzie pielęgnował te rany, że zagoją się dopiero niedługo przed ich ponownym spotkaniem na wiosnę. – Tak! Domamirze… – jęknął czując jak mężczyzna za nim wbija się coraz mocniej w jego dziurkę. Jak jego ruchy stawały się coraz mniej płynne lecz bardziej agresywne i bolesne. Plecy Shei  płonęły, gdy słony pot wżerał się w rany, pozostawione przez paznokcie kochanka. Już po chwili poczuł też, jak wojownik przyciska się z impetem do jego pośladków. Zachwiał się, tracąc równowagę i upadając torsem na ziemię z głuchym jękiem. – Shea… kocham cię… – westchnął Domamir , rozpłaszczając go na ziemi i wypełniając jego dziurkę gorącą, gęstą spermą. Shea poczuł jeszcze dwa ruchy w sobie, nim jego ciało otulił delikatny pył. Białowłosy mężczyzna schował twarz w zgięciu łokcia. Czuł jak po jego pachwinach spływa sperma Domamira zmieszana z krwią i pyłem, jednak samego wojownika już za nim nie było. Chłodny podmuch wiatru musnął jego ciało, strącając z niego pozostałości po kochanku. Shea nie miał siły wstać. Jego ciało zaspokojone niedawno, znowu zaczynało drżeć z tęsknoty i na nowo rozpalającego się pożądania. – Domamirze… – załkał cicho wtulając twarz w zgięcie łokcia – Domamirze… Ile ze sobą byli tym razem? Godzinę? Pół? Czas, gdy byli ze sobą płynął zbyt szybko, jednak nie miał odwagi złorzeczyć bogom, którzy mogli zabrać mu również te kilkadziesiąt minut. Nie miał siły wstać i pójść do chaty, w której mieszkał nieopodal. Nikt i tak go tu nie znajdzie, w Czarnym Lesie nawet nie było zbyt wielu zwierząt. Żył tylko on. Shea. Przeklęty i samotny. Dwa razy do roku mógł spędzić kilka chwil z innymi ludźmi i to tylko po to, by wykorzystać ciało jednego z nich i zakorzenić w nim duszę Domamira. Po kilku chwilach obrócił się i  usiadł na jasnych szatach, barwiąc je kolejną stróżką krwi, która z niego wypłynęła. Pod palcami czuł miękki pył, który na początku wiosny pomoże mu otumanić mężczyzn i wybrać ciało jednego z nich na kolejną kukłę do zakorzenienia duszy kochanka. ______________________________________________________________ Zgodnie ze słowiańską koncepcją, zaświaty dzielą się na zaświaty górne i zaświaty dolne, czyli Nawię. Wiosenne święto zmarłych obchodzone było około 2 maja, jesienne – 2 listopada. Opowiadanie w luźny sposób nawiązuje do pogańskiego święta Dziadów, obchodzonego 2 listopada. Jeżeli chcielibyście trochę o tym poczytać, zapraszam tu –>https://mitologie.wordpress.com/dziady-w-tradycji-slowian/ […]


Skomentuj

Please log in using one of these methods to post your comment:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: